Wstąpiłam do Bedronki po kilka produktów. Wśród produktów, które planowałam kupić były jajka. Zazwyczaj kupuję jajka od znajomej mającej gospodarstwo więc nie wiedziałam gdzie leżą jajka w tym supermarkecie. Przypuszczałam, że są w lodówkach jednakich tam nie dostrzegłam. Postanowiłam więc poprosić o pomoc pracownicę znajdującą się na sali sprzedaży. Pracownica zaprowadziła mnie do półki z jajkami. Nie okazała przy tym cienia zniecierpliwienia czy irytacji, wręcz przeciwnie była uprzejma i życzliwa.Czynne były tylko dwa stanowiska kasowe. Przy każdym z nich była spora kolejka. Wybrałam tą krótszą, ale i tak byłam ósmą osobą w kolejce. W tym czasie nie zostało otwarte kolejne stanowisko kasowe mimo, że sznurek klientów był co raz dłuższy. Kasjerka, która mnie obsługiwała była sympatyczna i uprzejma.
Bar Pizzeria w Myszyńcu można opisać niemal w samych superlatywach. Asortyment do wyboru jest naprawdę duży: pizze, kebaby, zupy, kawa, lody itp. Wszystko jest naprawdę w atrakcyjnych cenach. Nie ma problemu, jeśli np. w kebabie chcemy więcej mięsa zamiast kapusty. A kebab mix można tam dostać za jedyne 10 zł co jest bardzo atrakcyjną ceną. Obsługa jest uprzejma i kulturalna. Niezrozumiałe jest tylko, dlaczego przy dużym ruchu, czasami klienci są obsługiwani przez jedną osobę. Na zamówienie nie trzeba długo czekać, można też wcześniej zadzwonić, a od niedawna jest opcja dowozu(Na terenie Myszyńca przy zamówieniu pow. 20 zł- gratis). Wewnątrz zawsze czysto i schludnie, latem można posiedzieć na ogródku. Bar Pizzeria jest miejscem godnym polecenia.
Po resztę zakupów udałam się do Carrefura. W sklepie panował spory ruch i już wchodzą przestraszyłam się długością kolejek przy kasach.Swoje kroki od razu skierowałam do stosika z wędliną i mięsem. Zostałam obsłużona bardzo sprawnie i sympatycznie. Obsługiwała mnie młoda dziewczyna, która była niezwykle uprzejma. Bez zniecierpliwienia kroiła mi wędlinę na plasterki.Gdy podeszłam do kas okazało się, że kolejki są tam znacznie mniejsze. mój czas oczekiwania wynosił około 5 minut. Zostałam obsłużona sprawnie i uprzejmie.
Wieczorem postanowiłam podjechać na większe zakupy do Biedronki. Bez problemu znalazłam miejsce parkingowe przed sklepem. Zdziwiłam się, że pod wiatą nie ma żadnego wózka. Zapewne ze względu na panujący mróz wózki zostały wprowadzone do środka sklepu.Biedronka jest dosyć dobrze zaopatrzona, jednak nie można tam dostać wszystkich produktów. Jej oferta jest skierowana do "zwykłych zjadaczy chleba" więc chcąc na przykład kupić wasabi trzeba udać się do innego sklepu.Obsługująca mnie kasjerka była uprzejma i sympatyczna. Podczas obsługi utrzymywała ze mną kontakt wzrokowy.
Chciałbym bardzo pochwalić obsługę tego sklepu. Obsługa jest bardzo miła, chętnie pomaga, asortyment jest duży i atrakcyjnych cenach. Na plus trzeba dodać obecność kolektury w sklepie. Pani w sklepie wykazała się wzorową postawą, żądając dowodu osobistego przy kupnie alkoholu. Jedynym minusem jest konieczność zrobienia zakupów za conajmniej 20 zł, gdy chcemy płacić kartą.
Wybrałam się dziś do Rossmana jedynie po pomadkę ochronną. Gdy weszłam do sklepu okazało się, że jest tam mały ruch. Na sali sprzedaży znajdowały się tylko dwie klientki. Stoisko kasowe było puste, nie przebywał tam żaden pracownik.W sklepie było czysto. Towar na półkach był estetycznie ułożony i dobrze wyeksponowany. Bez problemu odnalazłam stojak z pomadkami ochronnymi. Ich wybór był dosyć spory a cena zróżnicowana, na każdą kieszeń.Gdy podeszłam do kasy po upływie kilkunastu sekund pojawiła się pracownica. Kasjerka była uprzejma i życzliwa. Bezbłędnie wydała mi resztę oraz paragon.
Przy sklepie wielki billboard zaprasza na świetną promocję: Pomarańcze za 1,69. Myślę sobie, czemu nie. Wchodzę, a w tu skrzynkach, gdzie były owe owoce zostały tylko dwa zgniłe. Zapytałem, czy będzie więcej, lecz pani powiedziała że nie. Poza tym w sklepie bardzo ciężko odnaleźć toaletę. Dopiero gdy zapytałem, udało mi się ją znaleźć, chodząc przez jakieś zakamarki.
W tym dniu zostałam "zaproszona" do restauracji Dark Restaurant, która mieści się w Poznaniu. W związku z tym, iż była to niespodzianka, nie wiedziałam gdzie i po co jadę. Restauracja mieści się w podziemiu starej kamienicy. Gdy otworzyliśmy drzwi okazało się, iż trzeba zejść schodami, które nie były za bardzo oświetlone. Gdy stanęliśmy przed szatnią, nagle pojawił się kelner, który zapytał czy mamy rewerwację. Odebrał od nas płaszcze i zaprosił do pokoju po lewej stronie. W pokoju były dwa stoliki i po cztery krzesła. Na blatach stołów znajdowały się przyćmione materiałem lampki, które słabo oświetlały wnętrze. Usiedliśmy przy jednym ze stolików. Nagle pojawił się kelner, który był ubrany w białą koszulę, czarne spodnie i długi fartuch przewiązany w pasie - był to Pan Adam. Przywitał się z nami, poinformował na czym polega pobyt w restauracji i podał cztery możliwości wyboru menu. Ja wybrałam zestaw: przystawka i danie główne, mój towarzysz wybrał zestaw szczególny. Obsługa zapytała nas czy jesteśmy uczuleni na jakiś składnik i jakie mamy preferencje. Zostalismy poinformowani, iż wszystko co zostanie podane jest jak najbardziej akceptowalne przez organizm człowieka, czyli jadalne oraz zostanie nam podane w zupełnej ciemności. Poczułam się bardzo źle - było bardzo zimno a na dodatek ja boję się ciemności. Pan Adam zaprowadził nas do sali restauracyjnej, w której było ciemno i zimno. Usiedliśmy przy stoliku dowiadując się, iż na blacie znajdują się sztućce przy mojej lewej ręcę, miska z wodą do rąk oraz dzwonek na środku stolika (gdyby coś się działo należy zadzwonić). Po kilku minutach pan Adam wrócił i postawił na stole napoje, informując nas gdzie możemy je znaleźć. Później otrzymaliśmy przystawki i dania głóne. Przez cały czas czułam się bardzo źle-było mi zimno, czułam się zestresowana, więc nie myślałam o jedzeniu, tylko żeby jak najszybciej wyjść stamtąd. Pan Adam był bardzo miły i pojawiał się na każde żądanie (dzwonek). Gdy wyszliśmy z sali, zostliśmy poproszeni do przejścia do pokoju po lewej stronie. Pokój był urzadzony w cieplejszej tonacji. Po chwili przyszedł szef kuchni, który razem z nami ustalił co jedliśmy. Pan był bardzo miły. Wypytał nas z jakich składników złożone były przystawki i dania główne. Ja podałam prawidłowy zestaw , natomiast okazało się, iż mój towarzysz jadł larwy i koninę. Dla mnie nie było to miłe przeżycie - z bólem brzucha opuściłam lokal. Polecam tę restaurację dla osób, które lubią przygodę i dziwne jedzenie. Szef kuchni poinformował nas, że w menu są jeszcze bardziej ekstramalne zestawy np. potrawy z karaczanami.
Strona główna jakości obsługi jest dość praktyczna, wszystko można znaleźć szybko, łatwo i bez większych problemów. Serwis organizuje też bardzo fajne konkursy obfitujące w ciekawe nagrody. Jednak mam kilka zastrzeżeń co do aktualnie prowadzonego Konkursu Walentynkowego. Ktoś już wcześniej na stronie serwisu zauważył, że dawanie nagrody ( w tym przypadku biletów do kina) za ilość zgłoszonych obserwacji jest niezbyt dobrym pomysłem. Według mnie jest to bardzo dobry pomysł, bo jest to rzeczywiście ciekawy sposób zachęcający uczestników do wzięcia udziału w konkursie, ale konkurs powinien mieć więcej warunków uczestnictwa. Moim zdaniem w konkursie powinny brać udział tylko osoby, które na przykład mają 50 zgłoszonych obserwacji na swoim koncie i są cały czas aktywnymi uczestnikami, tzn. w ciągu ostatniego miesiąca zgłosiły minimum 10 obserwacji. Są to tylko takie moje przykłady, które mogłyby być zastosowane, oczywiście każdy uczestnik serwisu może mieć inne zdanie na ten temat. Obserwując przebieg konkursu zauważyłam, że biorą w nim udział uczestnicy serwisu, którzy dopiero zaczynają swoją przygodę z Jakością Obsługi (oczywiście nie mam nic przeciwko nim) lub uczestnicy, którzy od miesięcy nie zgłosili żadnej obserwacji, a teraz nagle zgłaszają 40 dziennie. Trochę to dziwnie wygląda, tak jakby tylko czekali na ten konkurs i chcieli wygrać nagrodę. No i ciekawe skąd nagle tyle obserwacji przeprowadzili... Wiadomo, wygrywanie jest fajne, ale niektóre obserwacje zgłaszane przez osoby wygrywające bilety są po prostu mało wartościowe, zbyt krótkie i mało treściwe. Mądre jest dla mnie tylko to, że główna nagroda w postaci kolacji jest losowana spośród wszystkich uczestniczących w konkursie. Jest to bardzo sprawiedliwa metoda i wszyscy dzięki temu mają równe szanse.
Mira*, dziękujemy za opinię i Twoje sugestie dotyczące konkursu walentynkowego. Pozdrawiamy, zespół portalu.
Obserwacja dotyczy sklepu...
Obserwacja dotyczy sklepu internetowego Elektromarket.pl Zamówiłam 3 produkty o łącznej wartości 3600 zł. Zmywarkę, piekarnik oraz płytę grzewczą. Zalezało mi żeby produkty zostały dowiezione na 10.02 więc zamówienie złożyłam 4/02. Informacja na stronie sklepu mówiła, że czas oczekiwania na sprzęty to max 5 dni. Po 4,5 i 6 dniach codziennie dzwoniłam, żeby dowiedzieś się kiedy towar zostanie dostarczony. Każdego z tych dni otrzymywalam odpowiedź, że jutro. Nastał 10/02 i sprzętow nadal nie było. Wybrałam się więc osobiście do punktu odbioru. okazało się że 2 z 3 produktów nadal nie ma. Wprowadzano mnie zatem w błąd za kazdym razem kiedy dzwoniłam. Od obsługi sklepu dowiedziałam się tylko, że produkty, które zamówiłam są mało rotujące. Czyli to moja wina? Jak mogła nie znać danych o rotacji w sklepie elektromarket.pl? Za tą kwotę jaka chciałam wydać, ich zdaniem klient chyba nie jest godny dobrej obsługi.
Sprawa skończyła się tym, że musiałam jechać do jakiegoś sklepu i na szybko kupić jakąkolwiek płytę, bo tego dnia miałam montaż kuchni. Zmywarkę odebrałam sama i tachałam ją na 4 piętro, a na piekarnik nadal czekam, 9 ni od zakupu i ani widu ani słychu.
Elektromarket był wielokrotnie odznaczany znakiem jakości, ale moim zdaniem nie zachęca ich to do utrzymywania jakości obsługi, a wręcz rozleniwia.
Wczoraj wybrałam się pierwszy raz do słynnego KFC w Galerii Gemini w Tarnowie, sprawdzić co jest takiego w KFC, że kolejki ustawiają się tylko tam. Po krótkim czasie stwierdziłam, że nie ma tam nic specjalnego. Zwykły fast-food opleciony otoczką "amerykańskiego snu", obsługa zmuszona do uśmiechania się do Ciebie i wciskania różnych innych opcji do zestawu, który wybrałeś. Kupiłam kubełek classic, i dobrze, że pani szybko go podała, bo dopiero wtedy zorientowałam się, że są tam jeszcze frytki. Kupiłam także napój, nie wiem czy zauważyliście, że kubek który dostajecie, po napełnieniu szybko przemaka, abyście nie mogli wypić tyle napoju ile chcecie (bez kubka nie ma dolewki). Jeżeli chodzi o jedzenie smakowały mi jedynie hot wings i strips, dobra panierka i konkretny pikantny smak, ale reszta... nóżki z kurczaka nie obrane ze skóry, usmażone w grubym cieście, które chyba się nie dopiekło ( kleiło mi się do zębów i odczułam, że jest surowe...) musiałam zdjąć tą panierkę ze skórą, żebym mogła zjeść te nóżki. Jedzenie które dostałam nie było zbyt ciepłe i wnioskuję, że smażone dużo wcześniej i podgrzewane w bemarze. Porządek za ladą względny, okruchy z jedzenia wszędzie, zrzucane skrycie na podłogę, ogólne zamieszanie i pośpiech,co udziela się klientom. Zaglądnęłam do kubełka i na bilbord... jedno nie przypominało drugiego. Ogólnie za 35 zł, które tam zostawiłam nie byłam zszokowana ani produktem ani obsługą. Muszę dodać, że mają dobre frytki, ale sos do takiej ilości kurczaka jest za mały.
Zajechałem do sklepu „Galerie Alkoholi” mieszczącego się w Augustowie przy Rynku Zygmunta Augusta 9. Ja wskazuje adres punkt ten mieści się w centrum miasta. Po sforsowaniu schodów wszedłem do niedużego pomieszczenia, gdzie wyeksponowano różnorakie trunki. Moją uwagę zwróciła bardzo duża ekspozycja win, klient ma możliwość podejścia do półki i wzięcia interesującego produktu do ręki. Ceny są różne, zauważyłem że niektóre wina są nieco droższe niż w innych sklepach, inne troszkę tańsze. Ale wszystko rekompensuje imponujący wybór. Niestety nie miałem czasu i potrzeby zakupu alkoholu więc ograniczyłem się do zakupu napoju energetycznego. Na wystawie zauważyłem tylko drogiego Red-bulla poprosiłem więc ekspedientkę o zaproponowanie czegoś tańszego. Pani życzliwie odniosła się do mojej prośby – zaproponowała napój tańszy. Zapytała czy życzę sobie w puszcze czy w butelce. Wybrałem półlitrową butelkę. Następnie sprzedawczyni przyjęła należność i bezzwłocznie wydała resztę i paragon. Dane na dowodzie zakupu były prawidłowe. W sumie polecam – dobra lokalizacja, bogaty asortyment, bardzo sprawna obsługa. Polecam i na pewno jeszcze kiedyś wrócę po wino na romantyczną kolację.
Sklep Rossman nr 172 mieści się w Łomży w niewielkim centrum handlowym, przy Piłsudskiego. Wstąpiłem do tego punktu w celu nabycia pasty do zębów. Po wejściu stwierdziłem, że ostatnio była reorganizacja i znacznie zwiększono powierzchnię handlową. Mimo tego faktu w Rossmanie nadal jest ciasno, przejścia między regałami są zbyt wąskie. Utrudniony jest dostęp do niektórych produktów, nie można dłużej zastanowić się nad zakupem, bo blokujemy przyjście innym. Należy jednak uczciwie dodać, że wybór towaru jest imponujący. Duża część asortymentu jest w promocji, ale trzeba uważać i znać ceny bo niektóre towary po rabacie są w cenach wyższych niż gdzie indziej bez promocji. Zakupiłem w rewelacyjnej cenach oraz pastę Signal wkład zapachowy. Przed kasami panował tłok. Niestety tak jest jak na małej powierzchni rozlokuje się kilka boksów kasowych. Mimo ścisku panie kasjerki sprawnie dyrygowały ruchem, co chwila było słychać zaproszenie do wolnej kasy. Sama obsługa przy kasie była błyskawiczna, pracownica błyskawicznie zeskanowała towar i zapakowała do jednorazowej torby. Była przy tym uśmiechnięta i miła. Podziwiam, bo ja bym nie wytrzymał w takim „kołchozie”. Generalnie warto robić zakupy w tym punkcie, ale należy pilnować cen. Poza tym obsługa jest bardzo szybka. Jedynym mankamentem jest wygląd sklepu.
Robiłem zakupy w małym sklepiku przy ulicy Spokojnej w Łomży. Sklep jest dosyć mały, z niewielkim asortymentem spożywczo-przemysłowym. Ceny są w miarę przyzwoite, daleko im do cen dyskontowych, ale też nie są przesadzone. Tego dnia panował tam mały nieporządek, nie wiem czy to codzienność, czy akurat obsługa nie zdążyła uporządkować towaru. Po chwili oczekiwania zostałem obsłużony przez rzutką pracownicę, a może właścicielkę. Kobieta zapytała co potrzebuję, a gdy poprosiłem o piwo wnikliwie dopytała o markę i czy ma być z lodówki czy nie. Następnie zapakowała zakupy do reklamówki, przyjęła pieniądze i wydała paragon, na którym wszystkie opisy były prawidłowe. Reasumując – takie sklepiki są potrzebne. Ekspedientka była zainteresowana dobra obsługą klienta. Nie trzeba stać w długich kolejkach , gdy wpada się tylko po jedną rzecz. Życzyłbym jednak sobie, aby zadbano o porządek wewnątrz pomieszczenia.
Sky Bar znajduje się na terenie budynku lotniska w Poznaniu - Ławica im. Henryka Wieniawskiego. Pojawiłam się na lotnisku w związku z przylotem bliskiej osoby z Londynu. Na tablicy informacyjnej widał napis: "opóźnienie 5 minut". Postanowiłam udać się po kawę do Sky Baru. Przechodząc koło stolików przed kasą, zauważyłam, iż wszystkie stoliki są zajęte. Podłoga, lada kasy oraz witryna ze słodkościami była czysta. Podeszłam do lady, za którą stała pracownica. W danej chwili pani obsługiwała klientkę - dziewczynka około 5 lat, która poprosiła czekoladowego mufina. Zauważalne było, iż kasjer ma bardzo fajne podejście do dziecka: mówiła miękkim głosem, ale traktowała dziewczynkę jak poważną klientkę. Gdy nadeszła moja kolej, pani uśmiechnęła się i zapytała w czym może pomóc. Pani była schuludnie ubrana. Poprosiłam o podanie kawy latte na wynos. Podczas przygotowywania napoju, za ladą pojawiła się druga pracownica, która narzekała na ból głowy (była ubrana czysto, ale jak na takie miejsce miała zbyt krótką sukienkę, jak na swoją figurę-otyłość). Mimo zagadywania, kasjer szybko przygotował kawę, zdawkowo odpowiedając na zaczepne pytania drugiej pracownicy. Zapłaciłam, otrzymałam paragon i uśmiech od kasjera. Kawa była wyśmienita.
Korzonki u mamy znów dały znać o sobie. Przez lata wypraktykowany sposób – plaster „ze smokiem”. Niestety ten tani i zdawałoby się popularny farmaceutyk powinien być dostępny wszędzie. Niestety tak nie jest, ale w jednej z łomżyńskich aptek jest zawsze. Piszę tutaj o Aptece przy ulicy Piłsudskiego 10, naprzeciwko szpitala. A wiec udałem się do wzmiankowanego punktu w celu zakupienia potrzebnego leku. Zaparkowałem na pobliskim parkingu, tuż przed tabliczką „tylko dla klientów” i udałem się do środka. W niewielkim, czystym i schludnym pomieszczeniu panował porządek. Nie było wielu klientów więc momentalnie zostałem obsłużony. Starsza, przemiła pani od razu znalazła potrzebny specyfik. Poinformowała o cenie, a gdy zapłaciłem wydała resztę wraz z paragonem. Mimo że dokonywałem niewielkiego zakupu to poświęciła mi wystarczająco dużo czasu. Polecam tą aptekę, ceny co prawda nie są za niskie, ale niektóre lekarstwa tylko tam są dostępne od ręki. Na pochwałę zasługuje też zaangażowanie farmaceutek w obsługę klienta.
Podczas wymiany żarówki w łazience klosz się wyślizgnął i potłukł. Moje wrodzone lenistwo stwierdziło, że w zasadzie to bez klosza jest jaśniej i przez pół roku z zakupem nowego klosza nie było nam po drodze. W końcu jednak żona skutecznie wywierciła mi dziurę w brzuchu i chcąc nie chcąc udałem się na zakupy. Swoje kroki skierowałem do sklepu Kaja mieszczącego się w Łomży przy ulicy Sikorskiego 239. Punkt sprzedaży zlokalizowano na piętrze nowoczesnego budynku. Po wjechaniu windą wszedłem do dosyć dużego, ale sprawiającego wrażenie zagraconego pomieszczenia, gdzie był przeogromny wybór różnorakiego oświetlenia. Asortyment został posegregowany kolorystycznie, znalazłem więc odpowiednią, zbieżną z odcieniem płytek lampę. Cena nie była zbyt wysoka więc zapamiętałem model i udałem się w kierunku stanowiska obsługi. Musiałem uważać, bo manewrowanie między lampami mogło się skończyć tragicznie. Po długim oczekiwaniu (było sporo klientów) przedstawiłem pracownikowi swoje potrzeby. Niestety nie można było kupić samego klosza, tylko całą lampę. Ekspedient pofatygował się ze mną, zdjął z wystawy przedmiot po czym wystawił paragon i zapakował. Niestety sam proces wystawiania dokumentu sprzedaży nieco się ślimaczył, nie wiem czy z winy systemu czy pracownika. Na paragonie opis towaru był dla laika nieczytelny. W sumie ciekawy sklep z przeogromnym wyborem asortymentu, jednak można pomyśleć o zwiększeniu liczby pracowników.
W piątkowe popołudnie przejeżdżałem przez miejscowość Szumowo, a że popołudniami zwykle bywam głodny więc zatrzymałem się przed jednym ze sklepów. Duża i odpustowa tablica głosiła, że znalazłem się przed Marketem. Jak to się ma do ustawy o czystości języka polskiego to nie wiem, ale po mojemu powinno być napisane: „Sklep spożywczy”. Wszedłem do środka przez automatyczne drzwi i udałem się na zakupy. Wewnątrz dużego pomieszczenia panował porządek, był dosyć duży wybór asortymentu, jednak ceny nie były najniższe. Ale tego dnia głód myślał za mnie więc włożyłem do koszyka kolejno kefir, napój energetyczny, kilka bułek. Następnie podszedłem do stoiska z wędlinami i poprosiłem pracownicę o zaproponowanie dobrej kiełbasy. Pani stwierdziła filozoficznie, że wszystkie są dobre i zależy co kto lubi. Zdecydowałem się więc na kiełbasę zwyczajną, która pani zważyła i zapakowała do torebki. Podziękowałem i podszedłem do kasy. Przy kasie znajdowała się mikroskopijna taśma kasowa i czytnik kodów, który ciągle się przewracał. Widocznie właściciele oszczędzali na informatyzacji punktu. Kasjerka, mimo przeciwności losu uporała się z policzeniem produktów. Niestety jej mina i zaangażowanie nie wskazywały na zbytnie zainteresowanie klientem. Podziękowałem za zakupy i opuściłem ten sklep, szumnie nazywany marketem. Po wejściu do samochodu przystąpiłem do jedzenia. Niestety kiełbasa, która miała być dobra okazała się pierońsko słona. Bułka zwykła była lekko czerstwa, pokruszyła się przy próbie ugryzienia. W sumie nie polecam – kiepska jakość towaru, dosyć wysokie ceny, a obsługa taka sonie. Żenujący jest też fakt, że w Polsce zwykły sklep nazywa się Market. To była moja pierwsza i zapewne ostatnia wizyta w tym sklepie.
Śnieg. Nareszcie mamy zimę. Nie byle jaką, szaroburą, ale śnieżną, z prawdziwego zdarzenia. Niestety tego dnia musiałem pojechać poza miasto. Droga była fatalna, zajechałem więc na stację Orlen w miejscowości Zambrów, przy ulicy Ostrowskiej. Stacja ma doskonałą lokalizację, tuż przy trasie krajowej. Mimo opadów śniegu na terenie firmy teren był odśnieżony. Podjechałem pod dystrybutor i zanotowałem, że ceny niestety nie są najniższe, ale jednak zdecydowałem się na zakup. Po nalaniu benzyny podszedłem do ogrzewanego budynku w którym mieści się sklep i kasy. Zrobiłem, prócz benzyny, niewielkie zakupy i podszedłem do kasy. Obsługiwał mnie młody mężczyzna, ubrany w strój służbowy. Był bardzo uprzejmy. Zaproponował zakup towarów z aktualnej promocji, gdy podziękowałem poprosił o kartę rabatową. Następnie policzył zakupy, a gdy zapłaciłem wydał resztę wraz z paragonem. Wszystko odbyło się sprawnie, bez zbędnej zwłoki. W sumie miło i gościnnie, szkoda tylko że paliwa nieco droższe niż gdzie indziej.
W grudniowy piątek odwiedziłem Aptekę na Południu, która się mieści w niewielkim budynku przy ulicy Łagody 4. Przed apteką znajduje się niewielki parking. Wysiadłem z samochodu i wszedłem przez automatyczne drzwi. Wewnątrz lokalu panował ład i porządek. Na półkach leżały farmaceutyki dostępne bez recepty. Wziąłem koszyk i udałem się na zakupy. Włożyłem do niego chusteczki nawilżone, dużo tańsze niż w innych aptekach. Następnie udałem się do kasy. Przy ladzie stały dwie panie aptekarki, uśmiechnięte i chętne do pomocy. Poprosiłem o pomoc w zakupie kremu do odparzeń dla dziecka. Farmaceutka zaproponowała krem, nie najdroższy. Następnie poprosiła o kartę rabatową i policzyła zakupy. Całość zapakowała do torebki, a następnie pożegnała mnie. Jestem stałym klientem tej apteki więc po raz kolejny gorąco polecam zakupy, głównie ze względu na atrakcyjne ceny i możliwość uzyskania rabatów. Oprócz tego lubię jak w sklepie obsługa jest miła i uśmiechnięta i autentycznie zainteresowana pomocą klientowi.
W celu zapewnienia wyższej jakości usług używamy plików cookies. Kontynuując korzystanie z naszej strony internetowej bez zmiany ustawień prywatności przeglądarki, wyrażasz zgodę na wykorzystywanie ich.