Będąc w Galerii udałam się do sklepu Mohito w celu kupienia sweterka, który widziałam u koleżanki. W sklepie panował bałagan, ubrania były nieestetycznie poukładane na półkach, a część leżała pod wieszakami na co nie reagował personel sklepu. Po podejściu do pracownicy z prośbą o pomoc w znalezieniu konkretnego swetra doznałam szoku ponieważ osoba z obsługi nie była zorientowana w asortymencie i nie podjęła żadnej próby udzielenia mi pomocy. Pani zasugerowała mi żebym sama poszukała interesującego mnie ubrania. Często dokonuję zakupów w Mohito, ale dopiero w sklepie w Kaliszu spotkałam się z tak nieprofesjonalnym podejściem do klienta.
Poszłam do sklepu w celu dokonania zakupów przed nadchodzącym Sylwestrem.W sklepie panował porządek, nie brakowało towaru na półkach, ceny były widoczne. Na stoisku mięsnym była sprawna obsługa, a towar był świeży. Obsługa kas była bardzo miła i szybka przez co nie tworzyły się kolejki. Pani kasjerka każdego klienta pytały o posiadanie karty członkowskiej, a po zakończonych zakupach życzyła miłego dnia i zapraszała na ponowne zakupy. Po dokonaniu zakupów chciałam otrzymać fakturę. Czas oczekiwania na panią pracującą w punkcie obsługi klienta był zbyt długi co było jedynym mankamentem dzisiejszych zakupów.
Obrączki... W ich poszukiwaniu złaziliśmy niewyobrażalną ilość salonów jubilerskich. Z końcu stwierdziliśmy, że ekonomiczniejszym rozwiązaniem byłoby wykorzystanie posiadanego złota ze starego sygnetu i tak trafiliśmy do złotnika na os. Tysiąclecia. Obsługiwał nas pan ok. 50 lat - właściciel. Bardzo miły i sympatyczny w rozmowie. Dokładnie odpowiadał na pytania, udzielał wszelkich informacji co do procesów przemiany sygnetu w obrączki, rozpisał koszta, szybko zrozumiał z naszego nieco chaotycznego opisu czego poszukujemy i dokładnie takie coś nam wykonał. Obrączki wyszły bardzo ładnie, nie za ciężkie ale na tyle by móc je ewentualnie powiększyć z eleganckim wygrawerowanym napisem wewnątrz. Sam sklep jest zlokalizowany w ciągu osiedlowych sklepików, bardzo skromny(w przeciwieństwie do typowych salonów jakie odwiedzaliśmy) ale schludny. Usługa była wykonana terminowo. Co więcej pan nie robił problemów, gdy narzeczony dzień przed ślubem obudził się, że jednak woli mniejszy rozmiar i na miejscu w kilka minut dokonał poprawek. Dodatkowo zapewnił, że w ciągu roku bezpłatnie można takie poprawki na rozmiar dokonać. Polecam.
Poszukując restauracji nadającej się na obiad po uroczystości w USC drogą internetową natrafiliśmy na Restaurację "Złoty Róg". Jest ona położona w cichej i spokojnej okolicy i (co ważne!) 3 minuty drogi od Dworku Białoprądnickiego - bardzo popularnego miejsca zaślubin w Krakowie. Tak blisko, że jakby się uprzeć to można iść pieszo ;) Skontaktowaliśmy się telefonicznie z panią menadżer - Elą, która później drogą mailową wysłała nam wszystkie potrzebne informacje. Panią Elę należy pochwalić za pełen profesjonalizm - dokładnie i wyczerpująco odpowiadała na wszelkie nasze pytania drogą zarówno mailową jak i telefonicznie, zrobiła dokładny kosztorys, przy osobistym spotkaniu i płaceniu zaliczki dokładnie oprowadziła nas po lokalu, doradziła w kwestiach związanych z dekoracją i sprawach o których my sami zapomnieliśmy, że w ogóle istnieją a nawet odniosła się z wyrozumiałością do naszego poślizgu w potwierdzeniu liczby gości. Sam lokal jest naprawdę piękny - sala obiadowa jest świeżo po remoncie (w lipcu jak rezerwowaliśmy ją dopiero się ten remont kończył). Ozdoby bardzo gustowne i pasujące do atmosfery ślubnej. Sam obiad - jak na standardy krakowskie - naprawdę niedrogi (nie było też problemów z wprowadzeniem pewnych zmian w menu), smaczny i efektownie podany w eleganckich naczyniach. Pochwała należy się również osobie odpowiedzialnej ze dekorację stołu - zgodna ze zdjęciami jakie oglądaliśmy przy rezerwacji, efektowna acz na tyle zrównoważona, że nie był problemów typu wstążki wpadające do talerzy czy po prostu przeszkadzające gościom. Nawet miałam gdzie swój ślubny bukiet położyć. Kelnerki również bardzo uprzejme, sprawne i dobrze zorganizowane. Cała współpraca przed i w trakcie obiadu odbyła się wręcz wzorowo w związku z czym z czystym sumieniem mogę polecić to miejsce każdej młodej parze.
Nic nie ma, poważne braki w asortymencie.Personel niezbyt miły,odczułam że wręcz "olewający" w stosunku do kobiet.Pomieszczenie ciemne,bardzo brudne!!! i zimne.Pomimo zakazu palenia wyraźnie było czuć dym papierosowy.Ogólnie atmosfera w sklepie niezbyt miła.Na pewno już tam nigdy się nie zjawię.Wg mnie sklep nie spełnia norm dopuszczalnych do handlu.
Sklep z końcówkami serii i wyprzedażami prowadzonymi przez Hipermarkety REAL. Trafiłem tam dość przypadkowo, ale znalazłem kierownice do komputera, które chciałem kupić bratankom mojej żony na świąteczny prezent. Ogólnie oferta sklepu nie jest wielka - ale to wynika ze specyfiki - końcówki serii, wyprzedaże itp. Prawdopodobnie zależnie od okresu oferta jest większa lub mniejsza. Proces sprzedaży przebiegł sprawnie. Płatność zwykłym przelewem (brak przelewów internetowych). Sklep szybko potwierdził otrzymanie płatności i gotowość do wysyłki a następnie wysyłkę (całość 2 dni robocze). Niestety tu zaczęły się schody. Przesyłka kurierska - czyli do 2 dni roboczych. Sklep informuje o wysyłce, ale nie podaje żadnych namiarów na przesyłkę (np list przewozowy). Gdy po 2ch dniach od powiadomienie przesyłka nie dotarła poprosiłem o numer listu. Otrzymałem - nawet dwa numery, gdyż okazało się, że sklep wysłał zamówione produkty z dwóch różnych magazynów. Po weryfikacji w firmie kurierskiej okazało się, że: jedna przsyłka jest u nich ale jest błędnie zaadesowana i czekają na wyjaśnienia (udało się wyjaśnić), drugiej przesylki nie ma i nie wiadomo gdzie jest - choć numer listu jest to ślad za nią urywa się w momencie podjęcia przez kuriera. Po telefonach do sklepu okazało się, że oni nic nie mogą zrobić, bo jest piątek przed wigilią, godzina 12:00 a osoba odpowiedzialna w magazynie z którego miało to być wysłane poszła już do domu. Nie mniej jednak po długiej wymianie zdań i naciskach Pani skontaktowała się z kimś innym i okazało się, że magazyn znajduje się w jednym ze sklepów Real w Warszawie i choć nie wiedzą co się z tą przesyłką stało, mają towar na miejscu i do 22:00 mogą mi go wydać. Musiałem więc udać się do sklepu i w informacji bez problemów otrzymałem przesyłkę. Pani z infolinii zobowiązała się do zwrotu kosztów transportu, który nie doszedł do skutku. Generalnie dość kłopotliwie i nerwowo - ale ostatecznie szczęśliwie. Na przyszłość radzę zamawiać z wyprzedzeniem i od razu kontrolować z firmą kurierską status przesyłek.
Wizyta w celu naprawy pękniętego zausznika. Od mojej ostatniej wizyty w tym salonie (zakup okularów) minęło prawie 1,5 roku. Pierwsze co rzuciło mi się od samego wejścia to zupełnie inny wygląd salonu. Jest dużo więcej przestrzeni - choć miejsca wystawowego bez zmian - trochę inne ustawienie kasy, stołów i zaplecza z gabinetem optycznym. Elegancko i czysto. Niestety modernizacja objęła tez kącik dla dzieci (poprzednio był mały stoliczek z kredkami itp) i w efekcie kącika teraz nie ma. Uważam to za spory minus, bo byłem akurat z dzieckiem i liczyłem, że właśnie w tym kąciku zajmę ją chwilę i będe mógł spookojnie załatiwć sprawę. Obsługa w ilości 3 osób na sali sprzedaży (potem doszła jeszcze jedna osoba). Niestety przy ilości klientów znajdujących się w sklepie i wymagających pomocy ta ilość obsługi okazała się zbyt mała. Czas oczekiwania na obsłużenie (stojąc przy kasie cały czas) - 12 minut. Niestety okazało się, że zausznik można tylko wymienić, ale jego cena jest na tyle droga, że bardziej opłaca się kupić całe nowe oprawki. Na szczęście były dostępne dokładnie takie same jak posiadam, choć ich cena względem zakupu wzrosła o 25%. Wymiana szkieł odbyła się od ręki i zajęła około 20 minut. Generalnie gdyby nie długi czas oczekiwania na obsługę oraz brak wspomnianego kącika dla dzieci, ocena byłaby lepsza.
Zazwyczaj omijam ten market z daleka, bo jest tam dość drogo, ale jest też bardzo dużo pozytywnych rzeczy, które mnie tam przyciągają. Ostatnio nie chciało mi się iść do trochę dalej położonego marketu (i zdecydowanie tańszego), więc postawiłam na Piotr i Pawła. Obiecałam sobie, że nie dam się naciągnąć na żadna promocje, a tylko kupię trzy rzeczy, które były mi bardzo potrzebne. Jedną z wielu rzeczy, które bardzo mi się podobają w tym sklepie jest zaopatrzenie nie tylko w wózki, ale też w małe koszyczki dla klientów, bo nie każdy robi od razu wielkie zakupy, a przemieszczanie się po sklepie z tym wielkim wózkiem jest po prostu niewygodne. A koszyczek wieszam sobie po prostu na rączce i mogę śmiało biegać po sklepie. Od razu po wejściu do sklepu przeszłam do działu owoce/warzywa, bo tylko to miałam zamiar kupować. Na cel obrałam marchewkę, dość tanio, bo tylko 0,99 zł/kg i pietruszkę, już trochę droższą, bo 3,99 zł/kg. Zaznaczam, że produkty te jakościowo były odwrotnie proporcjonalne do ceny. Marchewka, która kosztowała grosze była bardzo ładna, twarda, okazała i bez żadnych przebarwień. Natomiast pietruszka prezentowała się znacznie gorzej, była trochę zwiędnięta i dość drobna. Na moje szczęście udało się wybrać z całego kosza dość ładne okazy. Miałam zamiar kupić jeszcze trochę mandarynek ,ale były stanowczo za drogie (ponad 8 zł/kg), a poza tym nie były chyba pierwszej świeżości. Na dziale z warzywami i owocami (ale nie tylko) bardzo podoba mi się ułożenie produktów, zawsze równo w koszykach (a nie porozwalane jak w innych marketach), każdy produkt doskonale oznaczony cenowo, i co najważniejsze nie trzeba samemu ważyć. Produkty waży pani ekspedientka przy kasie, a klient nie musi stać przed wagą i się zastanawiać, gdzie znajduje się się ten znaczek z pożądanym warzywem czy owocem. Ponadto zawsze jest czysto i schludnie na całym sklepie. Obsługa zawsze jest zajęta pracą, a nie gadaniem między sobą. Na sklepie zazwyczaj jest kilka osób z obsługi sklepu, zajmujących się wykładaniem towaru na półki. Wszystkie osoby z personelu mają podpisane koszulki z logo marketu, więc bez problemu można poprosić kogoś o pomoc, gdy jej potrzebujemy. Także przy kasie pracują sympatyczne panie, żwawo obsługujące klientów, z uśmiechem i zadowoleniem.
Salon prasowy Inmedio jest jednym z najlepszych sklepów tego typu. Na potwierdzenie tej tezy mogę podać bardzo dużo argumentów. Kiedy tylko bym tam nie weszła zawsze znajdę najnowsze magazyny różnego typu, od tygodników, przez dwutygodniki, aż po miesięczniki. Wszystkie gazety, nawet te najbardziej poczytne (szybko znikające z półek sklepowych), zawsze są dostępne w salonie. Ponadto można kupić tam także prasę codzienną, poradniki, a nawet książki. Raz spotkałam się nawet z tym, że świeżo wydana książka najpierw ukazała się w tym saloniku, a potem w księgarniach. Bardzo podoba mi się sam wystrój sklepu, dość duża powierzchnia sklepu, po której można spokojnie się przemieszczać, nie przepychając się z innymi klientami. Można na spokojnie przejrzeć gazetki i wybrać dla siebie coś odpowiedniego. Wszystkie towary elegancko poukładane na półkach, jeszcze nie zdarzyło mi się natrafić na zagięty róg jakiejś kolorowej gazety. Na tym nie koniec, salon jest bardzo dobrze zaopatrzony w różne drobiazgi, np. zapalniczki, drobne zabawki dla dzieci, a także napoje, gumy do żucia, itp. Właśnie podczas mojej ostatniej wizyty kupiłam sobie tam pojemnik z gazem do uzupełniania zapalniczki. Nie miałam pojęcia, że można to dostać w zwykłym salonie prasowym, ale pan sprzedawca zaproponował mi nawet 3 różne wielkości pojemniczka z gazem, odnośnie moich potrzeb. Zdecydowałam się na ten najmniejszy i po raz kolejny zostałam mile zaskoczona, zapłaciłam tylko 1,80 zł. Te większe były także dość tanie, 2,20 zł i 3,00 zł. Ogólnie obsługa jest tam bardzo miła, zawsze słyszę dzień dobry, dziękuję, do widzenia. Normalnie, aż chce się zakupy robić. I nigdy nie stałam tam długo w kolejce, mimo że czasem jest tam sporo klientów. Tylko sprzedawca mógłby czasem fryzjera odwiedzić, bo aż się prosi o to... No chyba, że taki ma akurat styl, lekki nieład na głowie, ale mnie to jakoś specjalnie nie przeszkadza.
Stokrotka jest miejscem gdzie chodzę w ostatecznosci i na pewno nie kupuje tam wedlin, miesa i pieczywa. Na stoisku z wedlinami czesto czuc nieprzyjemny zapach, w lodówkach leżą czesto widoczne juz na pierwszy rzut oka omszałe kiełbasy jesli zas chodzi o pieczywo to owszem maja bardzo dobre i czego oczy nie widza tego sercu nie zal wiec kto nie musi codziennie ogladac wychodzacych na papierosa po kilka razy piekarzy i wycierajacych nos w rekaw, moze smialo kupowac tam pieczywko bo od brudnych rąk przeważnie się nie umiera ;) pewnie w wiekszosci placowek tego typu tak jest ale jak wiadomo dopoki sie czegos nie zobaczy na walsne ocy :D pozdrawiam i zycze smacnego :D
Wczoraj postanowiłam wybrać się na kebaba do Galerii Marianki, gdzie znajduje się sieć Doner Kebab. Moim zdaniem robią tam najlepsze fast-foody w mieście. Dochodząc do drzwi baru nie dostrzegłam żadnych nieczystości czy śmieci. Weszłam do środka i tam również było czysto. Podłoga świeżo umyta, stoliki przygotowane dla nowo odwiedzających gości. Podeszłam do lady, aby zamówić kebaba. Pracujące tam 2 dziewczyny- blondynki w wieku około 22 lat, bardzo zawzięcie pracowały. Ich serdeczność pozostawia wiele do życzenia, gdyż nie można było dostrzec z ich strony uśmiechu bądź miłego spojrzenia. Na posiłek czekałam około 7 minut. Podczas oczekiwania, aż dziewczyna przyrządzi jedzenie zwróciłam uwagę na leżące przy drzwiach czasopisma. Bardzo dobrze, że można poczytać prasę, lecz lepiej by było gdyby była ona aktualna. Obserwowałam również, jak przygotowywany jest mój kebab. Wszystkie warzywa wyglądały świeżo, mięso również. Do bułki wkładane były przez czyste narzędzia. Smak fast-fooda oceniam na bardzo dobry. Jedynie małe zastrzeżenie mam do czerwonej kapusty- wydawało mi się, że jest ona trochę kwaśna, lecz ogólnie kebab był pyszny. Pracownice były odpowiednio ubrane, zadbane, zdrowe. Często czyściły swoje miejsce za ladą, to przy mięsie, to przy szybach. Nie raz jeszcze odwiedzę ten bar, bo jedzenie tam jest na prawdę dobre !
Sieć hexeline to jedne z moich ulubionych sklepów z damską odzieżą. Salon w Klifie nie ma sobie równych. Miła i kompetenta obsługa, która pamięta także o tych stałych klientach, którzy jednorazowo wydają mniej niż 8000-10000 na raz. Zamówiłam spódnicę do sprowadzenia z innego miasta, ponieważ mojego rozmiaru nie było na miejscu. Przez ponad 3 tygodnie nie miałam czasu jej odebrać (grudniowy zamęt), a końcu zjawiłam się w sklepie, ale okazało się, że spódnica, mimo mniejszego rozmiaru, wciąż jest za duża, a mniejszych już nie ma. Okazało się natomiast, że salon wciąż ma sukienkę, która generalnie jest już wyprzedana; leżała świetnie, więc nie było się nad czym zastanawiać. Kupiłam. Żeby zrekompensować mi koszt transportu spódnicy z innego miasta do Warszawy (który, niestety, od pewnego czasu, ponosi klient), otrzymałam większy rabat niż wynikający z karty. Świetne ciuchy, super obsługa.
Jakość obsługi była uprzejma powiadomić mnie niedawno emailem o utracie statusu super obserwatora. Dotąd na liście SO zajmowałam miejsce mniej więcej w połowie stawki (ok. 50 miejsca). Szkoda, że wiadomość ta nie została poprzedzona choćby jednym ostrzeżeniem, prośbą o dodanie obserwacji z informacją, że jej brak będzie miał takie a nie inne skutki. Niestety, nikt nie uznał za zasadne powiadomić mnie o czymkolwiek. Szkoda. Z mojego punktu widzenia taka informacja byłaby na pewno warta więcej niż masowy mailing z informacjami o loteriach, w których i tak nic nie wygrywam, w związku z czym mój zapał do udziału w nich systematycznie spada. Słabo.
Mnk, wiadomości mailowe informujące o sprawach klubowych, m.in. o liczbie zdobytych punktów, czy przypomnienia o umieszczaniu obserwacji są rozsyłane do użytkowników. Zgodnie z zasadami Klubu Super Obserwatora, aby nie stracić statusu Super Obserwatora wystarczy umieścić minimum jedną obserwację w ciągu kolejnych 100 dni. Jeśli Super Obserwator systematycznie zgłasza obserwacje to nie musi martwić się tym martwić. Mamy nadzieję, że mimo wszystko pozostaniesz z nami i razem z innymi użytkownikami będziesz oceniać polską jakość obsługi. Pozdrawiamy, zespół portalu.
Włoski nadawca nadał...
Włoski nadawca nadał do mnie przesyłkę poleconą. Zawartość przesyłki, w formie dość charakterystycznej tuby o długości niespełna 1 metra z naklejką adresową oznaczoną logo Malleus (krąg czaszek), stanowiły 2 kolekcjonerskie plakaty - jeden o wartości 400 EUR, drugi o
wartości 50 EUR. Rozmiar każdego plakatu po rozłożeniu wynosi ok. 50x70 cm. Przesyłka została zaadresowana na moje nazwisko oraz adres firmy, w której jestem zatrudniona. Zgodnie z informacjami, wynikającymi z trackingu (opcja śledzenia przesyłek na stronie www.poczta-polska.pl), przesyłka została przyjęta
w Polsce 15 grudnia 2011 r. o godzinie 20:15. Następnego dnia, 16
grudnia 2011 r. przesyłka została wysłana do doręczenia. Z rozmów ze
świadkami (tj. z listonoszem doręczającym codziennie przesyłki do firmy oraz z pracownikami kancelarii firmy) wynika, że
listonosz w dniu 16 grudnia 2011 r. dysponował co najmniej listem
przewozowym do przesyłki. List ten nigdy nie został podpisany przez
któregokolwiek z pracowników kancelarii, co oznacza, że nawet
jeśli listonosz podjął rzekomą próbę doręczenia przesyłki do firmy, w
praktyce nigdy nie dostarczył jej do miejsca przeznaczenia. Listonosz
twierdzi ponadto, że mimo iż potwierdził odbiór przesyłki do
doręczenia (tj. podpisał wykaz przesyłek, obejmujący także numer
zaginionej przesyłki), w rzeczywistości nigdy jej nie otrzymał od
osoby, która przekazywała mu wykaz wraz z przesyłkami.
Z powyższego wynika, że przesyłka zaginęła albo została ukradziona w
jednym z dwu wskazanych wyżej miejsc/momentów:
a) w rozdzielni przesyłek, albo
b) podczas próby jej doręczenia przez listonosza.
Mając na uwadze, że z rozmów przeprowadzonych z listonoszem, który
doręczał przesyłkę, przez kontrolera UP Warszawa 1
(w dniu 28 grudnia 2011 r.), wynika, że w dniu 16 grudnia 2011 r.
listonosz doręczający przesyłkę nie wszedł w posiadanie tuby
zawierającej zaginione plakaty, należy przyjąć, że tuba z plakatami
nigdy nie została mu wydana przez pracownika który takiego wydania
dokonywał, pomimo wykazania numeru tej przesyłki na liście odbieranych przez listonosza przesyłek, przeznaczonych do doręczenia w dniu 16 grudnia 2011 r.
Skoro tak, najbardziej prawdopodobny wydaje się scenariusz, według
którego za zaginięcie (kradzież?) przesyłki odpowiada pracownik UP 1:
a) ten, który wprowadził przesyłkę do systemu ewidencji przesyłek
(kolejne statusy przesyłki to: doręczona do Polski / wydana do
doręczenia adresatowi / doręczona - chociaż w rzeczywistości ostatni
etap nigdy nie zaistniał) albo
b) ten, który wydał przesyłki listonoszowi do doręczenia w dniu
16 grudnia 2011 r.
Mając na uwadze, że:
a) krąg osób zatrudnionych w UP 1 (w szczególności, w rozdzielni)
obejmuje konkretną grupę osób, którą w sposób jednoznaczny można
zidentyfikować z imienia i nazwiska,
b) UP 1 bez trudu jest w stanie ustalić, które osoby pracowały w
rozdzielni w dniu / w nocy, w którym przesyłka została wprowadzona do systemu jako doręczona do Polski, oraz przeznaczona do doręczenia w dniu 16 grudnia 2011 r.,
c) UP 1 bez trudu jest w stanie ustalić, który pracownik
przekazał listonoszowi wykaz przesyłek, uwzględniający numer zaginionej przesyłki, bez jednoczesnego fizycznego wydania tej przesyłki,
d) UP 1 bez trudu jest w stanie ustalić, który pracownik
wprowadził do systemu dane (dostępne na stronie www.poczta-polska.pl, w opcji śledzenie przesyłek), zgodnie z którymi doręczenie przesyłki nastąpiło w dniu 20 grudnia 2011 r. o godzinie 18:08 (w rzeczywistości takie zdarzenie nie miało miejsca, poza tym doręczenie przesyłek pocztowych do PKP Energetyka nigdy nie następuje o tak późnej porze),
e) UP 1 dysponuje danymi osobowymi pracowników zatrudnionych w
urzędzie pocztowym, w którym przesyłka zaginęła, których należy - w
opisanych okolicznościach - uznać za podejrzanych o kradzież,
UP 1 posiada wszelkie możliwości ku temu, by w sposób jednoznaczny i
niebudzący wątpliwości określić, którzy pracownicy urzędu pocztowego
są zamieszani w zaginięcie przesyłki i wyciągnąć w stosunku do nich
konsekwencje.
Nie ma tu znaczenia fakt, że formalnie za przesyłkę odpowiada
listonosz, który pokwitował odbiór przesyłki do doręczenia, mimo że
faktycznie jej nie otrzymał. Okoliczność, że formalnie
odpowiedzialność niejako przeszła na listonosza nie powinna oznaczać,
że poczta uważa problem za załatwiony i nie jest zainteresowana
wyjaśnieniem sprawy, a faktyczny złodziej może czuć się bezpieczny.
Poczta powinna podjąć wszelkie możliwe działania w celu ustalenia
faktycznego sprawcy kradzieży i wyciągnięcia wobec niego konsekwencji, choćby w celu zapobieżenia podobnym zdarzeniom w przyszłości.
Poczta powinna zadać sobie trud odpowiedzi na poniższe pytania:
- dlaczego poczta odmawia przeprowadzenia dochodzenia wśród
pracowników rozdzielni w celu ustalenia, czy osobie, która wprowadziła
do systemu przesyłkę o numerze zgodnym z numerem nadanym tubie z
plakatami, znany jest dalszy los zaginionej tuby?
- być może inni pracownicy rozdzielni zwrócili uwagę na taką przesyłkę?
- w jaki sposób przesyłka o tak charakterystycznym 'wyglądzie' i
rozmiarze mogła opuścić rozdzielnię (skoro obecnie, zgodnie z
informacjami uzyskanymi na poczcie, w rozdzielni przesyłek ponad
wszelką wątpliwość, tuby nie ma)?
- czy pracownicy rozdzielni mogą wynosić z niej dowolne paczki, wedle
własnego uznania? Czy obieg przesyłek jest w urzędzie w jakikolwiek
sposób kontrolowany?
- w jaki sposób tuba, nigdy nie wydana listonoszowi, zaginęła w
rozdzielni? (od dnia jej wprowadzenia do systemu do dnia, w którym
zorientowałam się, że ktoś paczkę najprawdopodobniej ukradł, minęło 11 dni, w tym okres świąteczny)?
- jak doszło do tego, że nigdy nie doręczona przesyłka została
ostatecznie oznaczona w systemie jako doręczona w dniu 20 grudnia 2011 o 18:08 oraz, przede wszystkim, KTO OZNACZYŁ przesyłkę w ten sposób w systemie i na jakiej podstawie? Po pierwsze, posiadana przez UP 1 dokumentacja wskazuje, iż nieudana próba doręczenia przez listonosza miała miejsce 16 grudnia 2011, po drugie kancelaria firmy czynna jest codziennie tylko do 15:30, w związku z czym doręczenie przesyłki o wskazanej godzinie w dniu 20 grudnia 2011 r. byłoby w praktyce fizycznie niemożliwe,
- dlaczego poczta nie zadała sobie trudu odpowiedzi na ww. pytania,
dlaczego jedyną odpowiedzią na stawiane przeze mnie pytania jest
sugestia, by Włosi-nadawcy złożyli reklamację w swoim urzędzie
pocztowym?
- dlaczego poczta toleruje tego rodzaju incydenty, przyzwalając tym
samym na to, by nieustannie zdarzały się kolejne (co roku nie dociera
do mnie blisko 10 przesyłek zagranicznych o różnej wartości; zakładam,
że większość kradzieży ma swoje źródło w rozdzielniach).
Fakt, że nadawca nie powinien wysyłać przesyłki listem poleconym
nieubezpieczonym to jedno. Nie powinno mieć to jednak żadnego
znaczenia dla oceny, że poczta ma obowiązek przesyłki doręczać, nie
zaś je kraść. Takie stawianie sprawy, tj. powoływanie się brak
ostrożności nadawcy, może sugerować, że każdy list polecony
nieubezpieczony potencjalnie może zostać przez pracownika poczty
ukradziony i nie będzie w tym nic nadzwyczajnego, skoro bowiem nadawca przesyłki nie uznał za zasadne jej ubezpieczyć, znaczy to tyle, że zaakceptował fakt, iż przesyłka ta może nigdy nie zostać doręczona adresatowi.
Zasadnicza kwestia to okoliczność, że zawartość tuby była unikalna, w
związku z czym refundacja zawartości z mojego punktu widzenia i tak
nie zrekompensowałaby mi straty. Zaginione przedmioty mają przede
wszystkim kolekcjonerską wartość. Jeden z dwu zaginionych plakatów
jest ściśle limitowany, a kupiony przeze mnie egzemplarz jest jedynym
tego typu plakatem, nabytym przez klienta z Polski. Oznacza to, że
każda inna osoba, która wejdzie w posiadanie tego plakatu, będzie
posiadać egzemplarz kradziony (względnie, nabyty od złodzieja).
Obowiązkiem poczty jest doręczać przesyłki, nie je kraść. A jeżeli już
przesyłkę ukradziono, tak jak w tym przypadku, poczta powinna wykazać MAKSIMUM DOBREJ WOLI w celu wyjaśnienia sprawy, a nie zamiatać problem pod dywan.
Co na to wszystko złodziejski urząd? Nieoficjalnie stwierdził, że choć krąg podejrzanych jest bardzo wąski, nie ma sensu przyciskać ludzi, BO I TAK NIKT SIĘ NIE PRZYZNA!!!
Wybrałam się z mężem i synem do cenrum ogrodowego w Wierzchowiskac koło Świdnika. Bardzo dobry dojazd, duży parking, bardzo ładnie urzadzony i na tym koniec pozytywnych rzeczy. Po wejściu czuć było nieprzyjemny zapach, ceny nie powalały.. Kiedy juz znaleźlismy to czego szukaliśmy (doniczki) udaliśmy sie do kasy. Maz stal pierwszy i wykladal rzeczy z koszyka na tasme ja rozmawialam z dzieckiem Wtem kasjerka (starsza blondynka z odrostami ;) ) ozwała się do mnie tymi słowy " nie wygląda mi pani na blondynke a wklada pani tak podtawki do doniczek jak blondynka" :| zamurowało mnie, pytam meza czy mam to odpowiednio skomentowac ale pokiwal przeczaco glowa... Klimakterium straszna rzecz, wiec takich osób nie powinni w ogole zatrudniac Co to za traktowanie klienta Ja rozumiem ze jestem mloda i ladna (no i skromna przede wszystkim ;p hehe) ale to nie jest powod zeby sie na mnie wyżywac... Moja noga tam wiecej nie postanie chociaz mam ochote jeszcze sie tam jeszcze pokazac ;)
Pozdrawiam nieuprzejma kobietkę ;]
Udaliśmy się do tego sklepu po wizycie w Jankach, gdzie sprawdzono w systemie, że poszukiwana sukienka jest w Piasecznie. Pierwszym krokiem był telefon (otrzymany w Jankach) celem sprawdzenia czy sukienka jest dostępna. Udało się dodzwonić dopiero po kilku próbach (wcześniej po kilku sygnałach zgłaszał się fax) ale w miarę sprawnie potwierdzić dostępność sukienki i poprosić o odłożenie. Udaliśmy się tam od razu po telefonie. Do sklepu wchodziliśmy o 20:43 (17 minut do zamknięcia). Co dziwne roleta wejściowa była już lekko opuszczona (nie wymagała schylania, ale jakby dawała sygnał - zaraz zamykamy). W środku zamieszanie - kilka klientek, 2 osoby obsługi - jedna przy kasie a druga gania z głośnym odkurzaczem między wieszakami co chwila przeganiając klientów w inne miejsce. Żona przy kasie otrzymała sukienkę, która zgodnie z ustaleniami telefonicznymi była dla niej odłożona i poszła do przebieralni, gdzie akurat trwało odkurzanie. Warto zaznaczyć, że było co odkurzać - na podłodze (gdzie jeszcze nie odkurzono) było pełno paprochów i zwitków kurzu (co ciekawe w tym samym sklepie w Jankach godzinę wcześniej było czysto). Wejście do przebieralni zagrodziła żonie pani z odkurzarzem i z wielką pretensją w głosie oznajmiła "Zaraz zamykamy" tak jakby czekając, że żona się rozmyśli, nie będzie przymierzać i wyjdzie (a zaznaczę, że była godzina 20:46 - 14 minut do zamknięcia). Nie mniej pozwoliła przymierzyć sukienkę, która okazał się akurat. Pozostało jeszcze zapłacić - 10 minut oczekiwania, ze względu na kolejkę do kasy (tylko 1 osoba obsługi - może gdyby wspomogła ją druga zamiast odkurzać między klientami - było by sprawniej?). A dalej to tylko cieszyć się z sukienki, bo z obsługi niestety zadowolonym być nie można.
Wizyta w ramach poszukiwania kreacji sylwestrowej przez moją Żonę. Przede wszystkim porządek - zarówno na podłodze jak i na wieszakach. Wieszaki z sukienkami oznaczone (dodatkowa promocja świąteczno-noworoczna) - spory wybór kreacji, choć troszkę gorzej z dostępnością rozmiarów. Obsługa widoczna - stara się pomóc, pokazać, doradzić, znaleźć rozmiar itp. Po przymierzeniu odbiera odkładane ubrania i odwiesza sama na wieszaki. Po wybraniu sukienki żona - jako, że nie była jeszcze na 100% pewna i chciała sprawdzić w innych sklepach - poprosiła o odłożenie wybranej sukienki. Sympatyczna pani potwierdziła taką możliwość i powiedziała, że może ją na 24h odłożyć, po czym schowała do specjalnej szafy za ladą. Okazało się jednak, że wychodząc żona zauważyła jeszcze jedną sukienkę, na którą jakoś nie zwórciła uwagi wcześniej. Po przymierzeniu okazało się, że tak - to jest to - tyle, że gdyby była rozmiar większa byłby większy komfort. Pani sprawdziła, że w sklepie niestety większych nie ma, ale sama z siebie zaproponowała, że sprawdzi w systemie, czy może ta sukienka w większym rozmiarze jest w innym sklepie. Okazało się, że powinna być w Piasecznie. Otrzymaliśmy wieć numer skuienki i telefon do sklepu w Piasecznie. Generalnie. Miło, uprzejmie i bardzo pozytywnie.
Kolacja firmowa na 16 osób. Restauracja nie jest zbyt duża. Posiada 2 poziomy a ze względu na kształt lokalu - tak jakby 3 sale (2 małe na dole - oddzielone barem, szatnią i łazienką i 1 - największa na górze). Nasza kolacja odbywała się właśnie na górze, do naszej obsługi przewidziany był na stałe 1 kelner + 2 wspomagających. Przystawki były z góry zamówione, natomiast drugie danie i deser był wybierany przez każdego z osobna z mini menu (po 2 opcje drugiego dania i 2 opcje deseru). Pierwsze wrażenie pozywytne - przyjemy dla oka wystrój, czysto, schludnie. Przystawki ogólne (bardzo smaczny śledź) już na nas czekały. Niestety do śledzia podano chleb (świeży) w zbyt małej ilości jak na tą ilość osób. Kelner poproszony o doniesienie zareagował natychmiast biorąc puste koszyczki i zniknął na 15 minut.... W końcu przyniósł pełne koszyczki - tyle, że przez ten czas śledź już zniknął. Niedługo potem podano po talerzu przystawek dla każdego - całkiem smaczne i ładnie podane. W miedzy czasie kelner zebrał od wszystkich zamówienia na drugie danie i deser. Poproszono o wino i dodatkowe napoje bezalkoholowe. W sprawie wina - jak najbardziej pozytywnie - całkiem niezła znajomość gatunków, spory wybór, dobre doradztwo i sprawne podanie. W sprawie zwykłych napojów (cola itp) - już gorzej - od zamówienia do otrzymania trzeba było czekać po 10-15 minut, niektórzy musieli się przypominać, bo poprosili a nie dostali i znów czekali - tak było przez cały czas kolacji - spory minus. Drugie dania i desery niedługo potem - podane sprawnie i w jedym czasie dla wszystkich - bez pomyłek - każdy dostał zgodnie z wyborem. Po deserze większośc osób poprosiła o kawę lub herbatę. Niestety po przeszło 25 minutowym oczekiwaniu większośc osób (część została dłużej) stwierdziała, że zbyt długo to trwa i jest już na tyle późno, że trzeba wracać do domu i bez kawy lub herbaty zakończyła kolację. Podsumowywując - jedzenie jak najbardziej na plus, wino - także, natomiast ogólna obsługa - szczególnie w zakresie organizacji i czasu obsługi na spory minus. Ocena za wygląd byłaby wyższa, gdyby nie luźna (uszkodzona i nie naprawiona) barierka na schodach powodująca u niektórych gości dyskomfort i obawę o bezpieczeństwo podczas wchodzenia lub schodzenia.
MetalMarket - jak sama nazwa wskazuje, można w nim kupić wszysto co z metalem ma jakiś związek. Już przed wejściem do sklepu rzuca sie w oczy porządek, żadnych papierków, parking zawsze pozamiatany, a taczki, które akurat są na promocny ładnie poukładane i podpisane (ceny, rozmiast, grubość blachy). Szyby również czyste, a na drzwiach wejściowych widoczny były godziny otwarcia. W środku towak poukładany był intuicyjnie, więc poszukując tarcz do cięcia metalu, śrubek, łańcucha i klamerek nie byłem z tym problemu. Chwile dłużej trwało odnalezienie zamiasów, ale to tylko dlatego że było ich dużo w pojemnikach. A skoro o nich możwa to każdy z nich jest bardzo dobrze opisany. Np każdy z kilkunastu rodzajów gwoździ jest szczegółowo opisany (zastosowanie, grubość, długość). Kiedy chciałem obciąć łańcuch nie do końca wiedziałem czy mam to zrobić. Widać, że obsługa czuwa nad biegiem spraw w sklepie, bo nie minęło pół minuty, a młoda pani sprzedawczyni odeszła od kasy, przy której akurat nie było klientów. Zapytała w czym może pomóc, a następnie podała mi obcęgi do łańcucha, których po prostu nie zauważyłem. Przemknąłem następnie do kasy, a z tym nie ma problemu, bo odległość między regałami pozwala na swobodne przemieszczanie pomiędzy nimi. Co ciekawe nigdy nie zdażyło mi się, żeby w czasie spracy ktoś dokładał towar. Widać, że wcześniej o to zadbano. Pani, która wcześniej mi pomogła z łańcuchem, wystawiła fakturę i podziękowała za udane zakupy. Wszystko trwało może 2 minuty, ale za to w miłej atmosferze. Przy tej okazji warto też wspomnieć, że banery reklamowe tego sklepu porozmieszczane są, nie tylko w najbliższym otoczeniu sklepu, ale po całym mieście. Zdecydowanie zachęca to do zainteresowania się tym sklepem.
Nie polecam zdecydowanie tej przychodni. Dodzwonienie się do rejestracji graniczy z cudem, trzeba wiec leciec z chorym na zapalenie dzieckiem i stac godzine w kolejce po numerek ;/ Panie pielgniarki średnio uprzejme, w wakacje była absurdalna sytuacja ze pediatre i doktor J. wyslano razem na urlop wiec z dwuletnim dzieckiem trzeba bylo isc do ogolnego lekarza ktory to przepisal rutinoscorbin?! i antybiotyk rowniez dla dorosłych... żenada.. Jedyna sytuacje ratuje dr N., Bardzo sympatyczna, zawsze przyjmie i zna się na rzeczy...Pozdrawiam
W celu zapewnienia wyższej jakości usług używamy plików cookies. Kontynuując korzystanie z naszej strony internetowej bez zmiany ustawień prywatności przeglądarki, wyrażasz zgodę na wykorzystywanie ich.